Żeby nogi poniosły, ale i szyja nie bolała - sportowe porównania podczas rozmowy w Łodzi o inwestycjach w narzędzia IT

Co jakiś czas przeprowadzamy w naszym środowisku badanie dotyczące najmocniejszego bodźca, który powoduje, że w firmie są przeprowadzane projekty mające uczynić decyzje zarządcze bardziej oparte na danych, a mniej na intuicji. Nie jest zaskoczeniem, że postawa właściciela jest kluczowa. Nowe praktyki przynosi też zmiana CFO. Natomiast największym hamulcem zmian jest silna potrzeba bezpieczeństwa - ze starymi dobrze znanymi narzędziami, np. excelem pracownicy po prostu czują się bezpieczniej, i bardziej sobie to cenią niż potencjalnie większy komfort użytkowania narzędzia czy lepsze funkcjonowanie firmy, czyli ich miejsca pracy.

Na spotkaniu Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” w Łodzi w tym tygodniu wymieniliśmy też sporo innych czynników, a Dariusz Łoboda, CFO w Dekpol Budownictwo powiedział rzecz chyba najważniejszą: 

"Firma "data driven" powstanie tylko wtedy, gdy właściciel i zarząd mają długofalową wizję rozwoju biznesu, wiedzą gdzie chcą dojść np. za trzy lata czy za 10. Tylko wtedy analiza danych na szeroką skalę ma sens, bo wiemy jakie informacje są nam potrzebne." 

Danych jest w firmach pod dostatkiem, narzędzi do przetworzenia ich w informacje jest na rynku mnóstwo i dobrej jakości, jednak wykorzystanie jednych i drugich idzie jak po grudzie, jeśli zabraknie kluczowego bodźca w postaci woli właściciela. Pracownicy czy szeregowi menedżerowie mają motywację do wdrażania drobnych ułatwień, zarządy skoncentrowane na krótkoterminowych wynikach – jedynie do zmniejszania kosztów pracy.  

Tylko długofalowa wizja biznesowa motywuje do naprawdę strategicznego potraktowania danych.  

W Łodzi powiedzieliśmy sobie szczerze, że nigdy nie ma dobrego terminu na wdrażanie narzędzi do raportowania czy budżetowania. Szukamy górnolotnych uzasadnień, ale tak naprawdę na przeszkodzie czasem stoi długi weekend, właśnie ... budżetowanie, no i przed Wigilią też przecież nie będziemy rozpoczynać projektu!

Mariusz Sumiński, dyrektor zarządzający FlexiSolutions, miał argumenty na rzecz takich wdrożeń zupełnie z innej dziedziny.... sportowej. Jest biegaczem, więc wie, że aby osiągać wyniki trzeba ćwiczyć nie tylko nogi, ale i inne mięśnie. Silny korpus i mięśnie głębokie choć nie biorą wprost udziału w biegu (tak jak łydki czy uda) są niezbędne dla zachowania odpowiedniej techniki czy prewencji kontuzji. Do któregoś momentu samo „ubijanie asfaltu” jest ok, ale potem pojawiają się granice, które wymagają inwestycji czasu w inne formy treningu.

Powiedział: "Wiadomo, że w firmie zawsze najważniejsze są inwestycje w core business, ale funkcje wsparcia również potrzebują inwestycji. Może nie w takiej skali i w takich budżetach jak core business, ale w dobrze działające firmie to nie mogą być obszary zaniedbane. Działy takie Controlling, Finanse czy HR to są właśnie te "mięśnie głębokie" organizacji. Choć ich nie widać na zewnątrz, muszą funkcjonować sprawnie, by cała organizacja mogła dźwigać swoje ciężary. I w planie rozwojowym firmy musi być miejsce na ich doskonalenie."